Prezydent kontra Trybunał. Polska wkracza w nową fazę kryzysu konstytucyjnego
W ciszy sali rozpraw Trybunału Konstytucyjnego padły słowa, które mogą na nowo zdefiniować relacje między prezydentem, parlamentem i samym sądem konstytucyjnym w Polsce. Wyrok ogłoszony po wielogodzinnym uzasadnieniu nie był jedynie interpretacją technicznego przepisu ustawy. Stał się politycznym i ustrojowym manifestem, który może jeszcze bardziej pogłębić trwający od lat konflikt o praworządność.
Trybunał Konstytucyjny uznał bowiem, że przepis interpretowany jako nakładający na prezydenta obowiązek odebrania ślubowania od osoby wybranej przez Sejm na sędziego Trybunału jest niezgodny z konstytucją. W praktyce oznacza to, że głowa państwa może odmówić zaprzysiężenia sędziego, jeśli uzna, że istnieją wątpliwości dotyczące legalności wyboru.
To rozstrzygnięcie pojawia się w momencie szczególnie napiętym. Od miesięcy trwa spór o obsadę miejsc w Trybunale Konstytucyjnym, a konflikt między obozem rządzącym a środowiskami związanymi z poprzednią władzą osiągnął poziom, którego Polska nie widziała od czasu kryzysu konstytucyjnego z lat 2015–2016.
W swoim ustnym uzasadnieniu sędzia sprawozdawca Bartłomiej Sochański argumentował, że konstytucja nie przewiduje wprost obowiązku prezydenta do automatycznego odebrania ślubowania. Według Trybunału prezydent, jako strażnik konstytucji, musi posiadać możliwość wstrzymania się od dokonania tej czynności w sytuacjach „ekstraordynaryjnych”.
Trybunał wskazał również, że sama obecność prezydenta podczas ślubowania nie ma charakteru wyłącznie ceremonialnego. Ma ona znaczenie konstytutywne — bez niej sędzia nie może rozpocząć urzędowania. Tym samym głowa państwa otrzymuje realny wpływ na proces obsadzania składu sądu konstytucyjnego.
Dla zwolenników wyroku to potwierdzenie zasady równowagi władz. Ich zdaniem prezydent nie może być „notariuszem decyzji parlamentu”, szczególnie gdy istnieją poważne zastrzeżenia co do legalności procedury wyboru sędziów.
Krytycy widzą jednak coś zupełnie odwrotnego. Według nich Trybunał stworzył mechanizm pozwalający prezydentowi blokować funkcjonowanie sądu konstytucyjnego praktycznie bez ograniczeń czasowych i proceduralnych.
To właśnie ten element budzi największy niepokój konstytucjonalistów. W uzasadnieniu wielokrotnie pojawiało się pojęcie „sytuacji nadzwyczajnych”, lecz nie wskazano precyzyjnie, kto i według jakich kryteriów miałby oceniać, kiedy taka sytuacja występuje.
W praktyce oznacza to, że decyzja może mieć charakter polityczny.
Spór nie dotyczy jednak wyłącznie interpretacji prawa. W tle znajduje się głęboki kryzys zaufania do samego Trybunału Konstytucyjnego. Od lat część środowisk prawniczych, instytucji europejskich oraz obecna większość rządząca kwestionują legalność części składu Trybunału oraz niezależność tej instytucji.
W grudniu ubiegłego roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że polski Trybunał Konstytucyjny nie spełnia standardów niezależności wynikających z prawa europejskiego.
Mimo to Trybunał w Warszawie nadal wydaje orzeczenia mające fundamentalne znaczenie dla polskiego ustroju.
Konflikt dodatkowo zaostrzył się po marcowym wyborze nowych sędziów przez Sejm. Rządząca większość wybrała sześciu kandydatów, których część środowisk konserwatywnych uznała za wybranych w procedurze naruszającej standardy parlamentarne.
Posłowie opozycji skierowali sprawę do Trybunału Konstytucyjnego jeszcze przed zaprzysiężeniem nowych sędziów.
Gdy prezydent odmówił odebrania ślubowania, napięcie weszło na nowy poziom.
Rząd próbował obejść impas poprzez organizację alternatywnej ceremonii ślubowania w Sejmie. Było to wydarzenie bez precedensu w historii III Rzeczypospolitej.
Jednak prezes Trybunału Bogdan Święczkowski odmówił dopuszczenia nowych sędziów do orzekania, argumentując, że bez ślubowania przed prezydentem nie mogą oni wykonywać swoich obowiązków.
W rezultacie Polska znalazła się w sytuacji przypominającej konstytucyjny labirynt.
Sejm twierdzi, że wybrał legalnych sędziów.
Prezydent uważa, że może odmówić ich zaprzysiężenia.
Trybunał stwierdza, że ma do tego konstytucyjne podstawy.
Rząd odpowiada, że sam Trybunał utracił legitymację.
W centrum tego sporu znajduje się pytanie znacznie szersze niż sam mechanizm ślubowania. Chodzi o to, kto w Polsce ma ostateczne prawo interpretować konstytucję.
Jeszcze kilka lat temu odpowiedź wydawała się oczywista — Trybunał Konstytucyjny.
Dziś jednak każda ze stron konfliktu posiada własną interpretację legalności instytucji państwa.
To właśnie dlatego wielu ekspertów mówi już nie o kryzysie politycznym, lecz o kryzysie konstytucyjnej rzeczywistości. Państwo funkcjonuje, ale poszczególne organy wzajemnie kwestionują swoje decyzje.
W uzasadnieniu wyroku wielokrotnie odwoływano się do artykułu 126 konstytucji, który określa prezydenta jako strażnika konstytucji. Trybunał uznał, że głowa państwa nie może być zmuszona do wykonania czynności, która mogłaby prowadzić do utrwalenia działań potencjalnie sprzecznych z ustawą zasadniczą.
To bardzo szeroka interpretacja kompetencji prezydenta.
Niektórzy konstytucjonaliści zauważają, że może ona stworzyć precedens wykraczający daleko poza Trybunał Konstytucyjny. Jeśli prezydent może odmówić zaprzysiężenia sędziego TK z powodu własnej oceny legalności procedury, pojawia się pytanie, czy podobna logika mogłaby zostać zastosowana także wobec innych urzędów państwowych.
To otwiera zupełnie nowy rozdział sporów ustrojowych.
Szczególnie że obecny konflikt ma także wymiar międzynarodowy. Instytucje europejskie od lat obserwują sytuację polskiego wymiaru sprawiedliwości z rosnącym niepokojem, a kolejne orzeczenia dotyczące Trybunału Konstytucyjnego mogą pogłębiać napięcia między Warszawą a Brukselą.
Na ulicach Warszawy ponownie pojawiają się demonstracje w obronie konstytucji. Symbolem protestów stały się świece i transparenty z napisem „KONSTYTUCJA”, przypominające atmosferę największych sporów politycznych ostatniej dekady.
Wielu Polaków odczuwa dziś zmęczenie niekończącym się konfliktem o sądy i instytucje państwa. Ale jednocześnie coraz wyraźniej widać, że spór nie dotyczy już jedynie prawa. Dotyczy wizji państwa.
Jedna strona uważa, że silny mandat demokratyczny daje prawo do głębokiej przebudowy instytucji.
Druga odpowiada, że nawet demokratyczna większość musi działać w granicach konstytucji i niezależnych mechanizmów kontroli.
Wyrok Trybunału Konstytucyjnego nie zakończył tego konfliktu.
Prawdopodobnie dopiero go pogłębił.
W krótkim terminie może doprowadzić do dalszego paraliżu Trybunału oraz kolejnych sporów między rządem a prezydentem.
W dłuższej perspektywie może jednak zmienić samą definicję prezydenckiej roli w polskim systemie konstytucyjnym.
Bo jeśli głowa państwa uzyskuje prawo do samodzielnego oceniania legalności wyboru sędziów, staje się nie tylko uczestnikiem procedury, ale jednym z głównych arbitrów konstytucyjnego porządku.
A to oznacza, że Polska wkroczyła w epokę, w której granice między prawem a polityką stają się coraz trudniejsze do rozdzielenia.