WARSZAWA — W polskiej debacie publicznej ponownym echem odbijają się niezwykle ostre, sensacyjne oskarżenia pod adresem obecnego premiera, Donalda Tuska. Kontrowersyjni autorzy głośno deklarują przed kamerami gotowość do wejścia na drogę sądową, niezmiennie twierdząc, że szef rządu od dawna pozostaje pod wpływem obcych, niemieckich służb.
Teorie te zyskują na sile w środowiskach prawicowych, podsycane dodatkowo przez głęboką polaryzację społeczną oraz skomplikowany kontekst geopolityczny związany z wojną na Ukrainie. Narracja o domniemanej agenturalności Tuska opiera się głównie na interpretacji wydarzeń z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, łącząc fakty z domysłami.
Centralnym punktem najnowszej odsłony tego sporu stała się zaskakująca wypowiedź profesora Sławomira Cenckiewicza, wpływowego historyka blisko związanego z prawą stroną sceny politycznej. Cenckiewicz publicznie ujawnił wyniki swoich badań archiwalnych dotyczących premiera, powołując się bezpośrednio na oficjalne dokumenty pozyskane z niemieckich instytucji państwowych.

Spór o niemieckie archiwa państwowe
Ku zaskoczeniu wielu radykalnych publicystów, historyk jednoznacznie stwierdził, że w niemieckich archiwach nie ma żadnych obciążających materiałów na Donalda Tuska. Zamiast dowodów na współpracę, dokumenty wskazują, iż przyszły premier był przez tamtejsze służby inwigilowany i rozpracowywany jako działacz opozycji antysystemowej.
Wnioski wyciągnięte przez Cenckiewicza wywołały natychmiastową, niezwykle gwałtowną reakcję ze strony autorów książki „Niebezpieczne związki Donalda Tuska”. Publicyści tacy jak Tomasz Budzyński zarzucili znanemu historykowi hipokryzję, tchórzostwo oraz celowe wprowadzanie opinii publicznej w błąd.
„Twierdzenie, że brak dokumentów w niemieckich archiwach dowodzi niewinności Donalda Tuska, jest logicznym absurdem i kpiną z inteligencji polskich obywateli” – argumentują krytycy historyka.
Ich zdaniem żadne profesjonalne służby specjalne nie wydałyby dobrowolnie pełnych teczek swojego aktywnego agenta zagranicznemu badaczowi.
Logika konspiracji kontra fakty naukowe
Krytycy Cenckiewicza budują swoją argumentację na specyficznej logice funkcjonowania wywiadu, gdzie oficjalne zaprzeczenia instytucji państwowych traktowane są jako element dezinformacji. Według nich, po zjednoczeniu Niemiec, Federalna Służba Wywiadowcza (BND) przejęła dawne aktywa wschodnioniemieckiej Stasi.
W ten sposób, zdaniem oskarżycieli, agenci zwerbowani w okresie PRL mieli zostać płynnie przetransferowani do struktur wywiadowczych nowoczesnych, zjednoczonych Niemiec. Aby poprzeć te ryzykowne tezy, autorzy alternatywnych biografii Tuska przypominają postać Detlefa Rusera, niemieckiego inżyniera działającego w Gdańsku.
Ruser miał w połowie lat osiemdziesiątych zbliżyć się do młodych trójmiejskich liberałów, w tym do Donalda Tuska. Według spiskowych teorii, to właśnie ta relacja ukształtowała specyficzne, rzekomo proniemieckie poglądy przyszłego premiera, co później owocowało kontrowersyjnymi wypowiedziami publicznymi.
Gdańskie korzenie i polityczne miliony
Oskarżyciele Tuska chętnie cytują jego słynny esej, w którym padło legendarne sformułowanie, że „polskość to nienormalność”. Dla radykalnej prawicy ten tekst stanowi ostateczny dowód na ideologiczne odrzucenie przez premiera tradycyjnych, polskich wartości narodowych na rzecz obcych interesów.
Kolejnym elementem budującym narrację o rzekomym spisku są kwestie finansowe związane z początkami Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Publicyści twierdzą, że nagły sukces materialny ubogich dotąd gdańskich działaczy w 1990 roku był bezpośrednim efektem dotacji z niemieckich fundacji politycznych.
Pojawiają się nawet niepotwierdzone relacje świadków, mówiące o rzekomym odbieraniu reklamówek pełnych gotówki od zagranicznych przedstawicieli. Te sensacyjne opowieści mają dowieść, że kariera polityczna Tuska od samego początku była sztucznie stymulowana przez Berlin.

Cienie operacji „Duchowny”
W celu uwiarygodnienia swoich teorii, krytycy rządu odwołują się również do autentycznych materiałów dawnego Urzędu Ochrony Państwa. Przywołują sprawę Ryszarda Tomaszka, skazanego na początku lat dziewięćdziesiątych za szpiegostwo na rzecz Niemiec w ramach operacji o kryptonimie „Duchowny”.
Zwolennicy teorii spiskowych usiłują powiązać tamto śledztwo z osobami z najbliższego otoczenia premiera, w tym z Pawłem Grasiem. Graś przez lata współpracował bowiem z niemieckim przedsiębiorcą Paulem Roglerem, którego UOP podejrzewał o prowadzenie działalności wywiadowczej.
Choć prokuratura nigdy nie przedstawiła Grasiowi ani Tuskowi żadnych zarzutów szpiegowskich, dla radykalnych publicystów te biznesowe powiązania stanowią wystarczający dowód winy. Twierdzą oni, że polskie służby pod naciskiem politycznym celowo przerywały obiecujące śledztwa.

Lustracyjne analogie i kryzys zaufania
Awantura wokół przeszłości Donalda Tuska jest przez obserwatorów porównywana do dawnych, dramatycznych sporów o agenturalną przeszłość Lecha Wałęsy. Przeciwnicy Cenckiewicza wytykają mu rażącą niekonsekwencję w ocenie materiałów archiwalnych dotyczących różnych liderów politycznych.
Współautorzy teorii o niemieckiej siatce wywiadowczej publicznie wezwali Sławomira Cenckiewicza do otwartej debaty telewizyjnej. Chcą w ten sposób ostatecznie zweryfikować przedstawiane argumenty i dowieść, że historyk stał się „fałszywą flagą” w polskiej polityce.
Tego rodzaju brutalne spory personalne pokazują, jak głęboko zakorzeniona jest nieufność w polskim systemie instytucjonalnym. Zamiast merytorycznej dyskusji o przyszłości kraju, debata publiczna w Warszawie wciąż regularnie wraca do demonów przeszłości i permanentnych oskarżeń o zdradę stanu.