WARSZAWA — W kuluarach polskiego parlamentu coraz głośniej mówi się o głębokim przesileniu politycznym. Choć obecna ekipa rządząca przejmowała władzę z niezachwianą pewnością siebie, ostatnie tygodnie przynoszą serię wizerunkowych katastrof, które zaczynają dostrzegać nawet dotychczas sprzyjające Donaldowi Tuskowi liberalne media głównego nurtu.
Nawet na łamach Gazety Wyborczej pojawiły się bezlitosne artykuły ujawniające intratne posady dla bliskich obecnej władzy. Przykładem stała się sprawa żony ministra Marcina Kierwińskiego, która zarabia niemal trzydzieści tysięcy złotych miesięcznie w Kolejach Mazowieckich, wzbudzając ogromne oburzenie opinii publicznej.
Z kolei tygodnik Newsweek, dotąd wierny linii rządu, zamieścił obszerny tekst o tym, że Donald Tusk ewidentnie nie dowozi swoich obietnic. Publicyści wprost sugerują, że premier może nie dotrwać na stanowisku do kolejnych wyborów, ponieważ brakuje mu spójnej wizji i skuteczności.
Doświadczeni obserwatorzy polskiej sceny politycznej doskonale znają ten mechanizm z historii poprzednich kadencji. Każda kolejna ekipa dochodząca do władzy w Warszawie żywi głębokie przekonanie, że jej rządy będą trwały wiecznie, a lojalny elektorat bezkrytycznie zniesie wszelkie nadużycia i arogancję władzy.
Początkowo ostrożne decyzje personalne z czasem zamieniają się w bezczelne ignorowanie opinii publicznej i marginalizowanie koalicjantów. Władza zaczyna wierzyć, że twarde poparcie na poziomie trzydziestu procent oraz medialna ochrona wystarczą, by bezkarnie zarządzać państwem jako prywatnym folwarkiem.
Nagle jednak następuje moment zwrotny, w którym najmniejszy detal uruchamia lawinę społecznego niezadowolenia i krytyki. Jak mawiał klasyk po aferze Rywina: gdy nie idzie, to nie idzie, a obywatele zmęczeni hipokryzją decydują się gwałtownie odrzucić dotychczasowych faworytów politycznych.
Niezwykle symbolicznym i memicznym obrazem słabości premiera stała się sytuacja z posłanką Marceliną Zawiszą z partii Razem. Parlamentarzystka podeszła do ław rządowych, aby wręczyć Tuskowi podpisy sześciu tysięcy mieszkańców Leska protestujących przeciwko likwidacji lokalnego szpitala powszechnego.
Premier, który wcześniej publicznie zaprzeczał planom likwidacji tej placówki, kompletnie nie potrafił zachować się przed kamerami. Siedział z wściekłą miną, odwracając głowę od posłanki, co wywołało na sali plenarnej głośne okrzyki oburzenia i skandowanie hasła o wstydzie dla rządu.
Dawny Donald Tusk słynął z niebywałego sprytu i instynktu politycznego w sytuacjach kryzysowych. Gdy lata temu Obywatele Kultury próbowali zaskoczyć go petycją o pieniądze, premier po prostu sam się pod nią podpisał, błyskawicznie rozbrajając medialną pułapkę i ośmieszając intencje organizatorów.
Dziś jednak tamten polityczny refleks bezpowrotnie zniknął, ustępując miejsca nerwowości i otwartym atakom na niezależnych dziennikarzy. Po incydencie w Sejmie premier brutalnie zaatakował Wirtualną Polskę na Twitterze, sugerując bezpodstawnie, że portal realizuje interesy opozycyjnej partii Prawo i Sprawiedliwość.
Werbalne pastwienie się nad mediami i pomiatanie dziennikarzami Telewizji Republika podoba się jedynie najbardziej radykalnym zwolennikom władzy. Jednak uderzenie w Wirtualną Polskę, postrzeganą przez przeciętnych internautów jako medium neutralne, stanowi poważny błąd strategiczny, który zawsze przynosi politykowi potężne szkody wizerunkowe.
Pretekstem do ataku Tuska stało się zacytowanie przez ogólnopolski portal ustaleń lokalnego serwisu Jawny Lublin. Dziennikarze śledczy ujawnili tam klasyczny przykład nepotyzmu związany z radną Magdaleną Szczygieł-Mitrus, która niedawno zmieniła barwy partyjne, przechodząc bezpośrednio do pro rządowego ugrupowania Centrum.
W nagrodę za polityczną nielojalność radna natychmiast otrzymała lukratywne stanowisko w radzie nadzorczej lokalnego funduszu ochrony środowiska. Nominacja ta wyszła bezpośrednio z ministerstwa klimatu, zarządzanego przez partię Centrum, co całkowicie zaprzecza wcześniejszym deklaracjom o walce z politycznym kolesiostwem.
Nerwowa reakcja premiera pokazuje, że pod medialną osłoną zaczynają pękać fundamenty stabilności całego obozu władzy. Dodatkowo rząd poniósł spektakularną klęskę w lokalnym referendum w Krakowie, co próbowano rozpaczliwie przykryć szeroko reklamowanym programem finansowego wsparcia dla środowisk artystycznych.
Projekt ministerstwa kultury wywołał jednak skutek odwrotny do zamierzonego, budząc wściekłość podatników zmagających się z drożyzną. Aroganckie wypowiedzi niektórych celebrytek, stawiających artystów wyżej od ciężko pracujących fryzjerek czy sprzedawczyń, tylko pogłębiły społeczny dystans i poczucie niesprawiedliwości.

Wokół nowego funduszu planowano stworzyć ogromną strukturę doradczą składającą się ze stu czterdziestu pięciu sowicie opłacanych członków. Każde spotkanie i każda zaopiniowana legitymacja twórcza miały generować gigantyczne koszty, tworząc kolejną instytucję służącą do wyprowadzania publicznych pieniędzy.
Głównym celem Tuska było jednak zdyscyplinowanie środowiska artystycznego, które ostatnio przestało bezwarunkowo wspierać działania rządu. Gwiazdy takie jak Maja Ostaszewska, Jerzy Stuhr czy Agnieszka Holland wyraźnie ograniczyły swoją dotychczasową aktywność medialną, odmawiając pełnienia roli bezkrytycznych obrońców polityki gabinetu.
Artyści poczuli się oszukani po tym, jak reżyserka Agnieszka Holland nakręciła propagandowy film uderzający w polską Straż Graniczną. Niedługo potem Donald Tusk wykonał nagły zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, ogłaszając imigrantów żywymi torpedami Putina i wprowadzając twardą politykę ochrony granic.
Wobec odwrotu autorytetów, wizerunkową przestrzeń wokół premiera zaczęli dominować agresywni i wulgarni komentatorzy internetowi pokroju profili Silni Razem. Brak intelektualnego zaplecza sprawia, że narracja rządu staje się coraz bardziej prymitywna, opierając się wyłącznie na nienawiści do przeciwników politycznych.
Kolejnym elementem propagandy sukcesu miało być ogłoszenie pozyskania europejskich pożyczek w ramach programów KPO i SAFE. Przedstawiciele rządu zataili jednak fakt, że są to gigantyczne zobowiązania finansowe, których warunki oprocentowania wzrosły do ponad trzech procent w zaledwie dwa tygodnie.
Do promowania pożyczki SAFE wyznaczono nową twarz koalicji, Magdalenę Sobkowiak-Czarnecką, typowaną w kuluarach na następcę Ewę Kopacz. Według wewnętrznych plotek, miałaby ona przejąć stery partii, gdyby Tusk zdecydował się na ponowną ucieczkę do Brukseli w poszukiwaniu unijnego immunitetu.
Nowa pełnomocnik rządu spaliła jednak swój polityczny debiut, zaczynając od płaczliwych skarg na rzekomy hejt ze strony opozycji. Opowieści o zastraszonej córce, obawiającej się aresztowania matki, przypominały najgorsze wzorce manipulacji emocjonalnej, które nie trafiają już do współczesnych wyborców.
W tym samym czasie premier otrzymał potężny cios dyplomatyczny ze strony ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Kijów podjął demonstracyjną decyzję o nadaniu północnemu centrum operacyjnemu imienia bohaterów UPA, organizacji odpowiedzialnej za ludobójstwo ponad stu tysięcy niewinnych Polaków.
Ta skandaliczna decyzja to policzek dla polskiej wrażliwości historycznej, zwłaszcza że banderowcy mordowali również tysiące etnicznych Ukraińców odmawiających współpracy. Ofiarami tej zbrodniczej formacji padali także Żydzi i Czesi, o czym współczesna ukraińska polityka historyczna stara się milczeć.
Wielu komentatorów pyta ironicznie, czy kolejnym krokiem Kijowa będzie uhonorowanie dywizji SS Galizien w imię przypodobania się niemieckim partnerom. Promowanie katów z Babiego Jaru jako bohaterów narodowych stawia pod znakiem zapytania moralne podstawy bezwarunkowej pomocy udzielanej Ukrainie.
Splot tych wszystkich wydarzeń pokazuje, że misternie budowana narracja rządu Donalda Tuska rozpada się na naszych oczach. Nepotyzm, arogancja wobec obywateli, klęski dyplomatyczne i wewnętrzne konflikty tworzą obraz formacji, która traci kontrolę nad krajem i zaufanie własnych wyborców.
Polacy coraz wyraźniej dostrzegają hipokryzję władzy, która miała przynieść nowe standardy, a wprowadziła jedynie bezwzględną walkę o stołki. Każdy kolejny dzień przynosi nowe dowody na to, że obecna koalicja rządząca nie posiada żadnego konstruktywnego programu dla przyszłości Polski.
Historia uczy, że rządy oparte wyłącznie na medialnej manipulacji i strachu przed powrotem poprzedników mają swój nieuchronny koniec. Donald Tusk, osłabiony wewnętrznymi aferami i brakiem realnych sukcesów, staje w obliczu najpoważniejszego kryzysu przywództwa od momentu powrotu do krajowej polityki.
Czy zbliżające się miesiące przyniosą całkowity demontaż obecnego układu władzy i przedterminowe wybory parlamentarne w Polsce? Wszystko wskazuje na to, że proces gnicia koalicji zaszedł już tak daleko, że żadne PR-owe sztuczki nie zdołają uratować wizerunku premiera.
Obywatele mają dość rządu, który zamiast dbać o bezpieczeństwo energetyczne i rozwój gospodarczy, zajmuje się dotowaniem celebrytów i ściganiem niezależnych dziennikarzy. Nadchodzi czas realnego rozliczenia, przed którym Donald Tusk nie zdoła uciec nawet za mury brukselskich instytucji.